Relacja – Mont Blanc Drogą Włoską – Część III

wpis w: Aktualności | 0

 

2019 – RELACJA MONT BLANC DROGA PAPIESKA – WŁOCHY

 

PRZEZ LODOWIEC DOME

 

2019-07-16 – Wtorek
Trzeci dzień w górach

 

Pobudka na wysokości 3071 m n.p.m. rozpoczęła nasz trzeci dzień w górach. Puste łóżka i panująca cisza oznaczały, iż większość osób wyruszyła na swoją próbę zdobycia Monte Bianco. Bardzo dobre prognozy pogody, które umożliwiają kontynuację wyprawy, jak nic innego, poprawiają nastrój. Poranek w zimowym schronie przy Rifugio Gonella rozpoczęliśmy od pakowania plecaków i oglądania okolicy z metalowej platformy przeznaczonej do lądowania śmigłowca zaopatrującego obiekt w przeróżne produkty. Naszym celem tego dnia było przejście lodowca Dome i założenie ostatniego biwaku na śnieżnym plateau na wysokości 3675 m n.p.m.

 

ETAP IV: Schronisko Gonella – Biwak na lodowcu Dome
Przewyższenie odcinka: 604 m

 

W dalszą drogę musieliśmy wyruszyć na tyle rano, by lodowiec Dome był w dobrym stanie. Bardzo późne wyjście, tzn. w godzinach popołudniowych, wiązałoby się z naruszeniem jego struktury przez działające silnie słońce. Ze schroniska trasa prowadziła początkowo ścieżką trawersującą skalne zbocza i sprowadzała na śnieżne pola lodowca. To właśnie na nich zamierzaliśmy spędzić poprzednią noc. Jednak wyszukiwanie odpowiedniego miejsca nocą, pośród szczelin byłoby ryzykowne. Początkowo lodowiec nie jest zbyt stromy, dlatego ten odcinek może być odpowiednim miejscem na rozłożenie drugiego biwaku podczas wyprawy drogą papieską. Takie rozwiązanie zwalnia z opłaty i korzystania z oferty schroniska. Na dalszym etapie wzrasta kąt nachylenia lodowca, a co za tym idzie – pojawia się coraz większa liczba szczelin. Było ich dużo, sporych rozmiarów, na szczęście wszelkie przejścia pomiędzy nimi były na tyle stabilne, że bez problemów pokonaliśmy całą drogę. Po najbardziej stromym podejściu w górnej części lodowca wyszliśmy na duże wypłaszczenie. To właśnie na śnieżnym plateau postanowiliśmy założyć ostatni obóz. Osobiście uważam ten etap za najbardziej wymagający na całej drodze włoskiej na Monte Bianco.

 

Miejsca do rozbicia namiotów jest niewiele, również i tutaj pojawiały się szczeliny. Brakowało tu także dostępu do wody, co wymagało pozyskiwania jej ze śniegu. Wyniesienie całego sprzętu do tego miejsca opłaca się z kilku powodów. Po pierwsze, biwakujemy w ciszy i spokoju, z daleka od głośnego schroniska. Po drugie, przepiękne widoki wynagradzają niesione kilogramy. Po trzecie, nocleg na tej wysokości jest dobrą aklimatyzacją, do wierzchołka pozostaje 1134 m. Wiąże się z tym kolejna zaleta, mianowicie znacznie zwiększa się swoje szanse wejścia na wierzchołek, gdy panują krótkie okna pogodowe i mamy mało czasu do działania. Powrót do namiotu z wierzchołka jest również szybszy niż do schroniska Gonella. Co także istotne, nie pokonujemy lodowca Dome w nocy przy wyjściu do szczytu oraz nie wracamy nim późnym popołudniem z ataku szczytowego, gdy jest najbardziej rozmiękczony. Uważam, że zalet tego rozwiązania jest na tyle dużo, że warto dodatkowo jeden dzień poświecić na marsz z ciężkim plecakiem. Nasz zespół skorzystał z takiego rozwiązania, co w praktyce zakończyło się bezpiecznym przeprowadzeniem wyprawy. Po wybraniu odpowiedniego miejsca na rozłożenie namiotów zabraliśmy się za przygotowanie platformy do jego rozłożenia. Zwrócić należy tutaj uwagę, by nie rozkładać się blisko ścian, gdyż systematycznie spadają z nich kamienie, niektóre dolatują nawet do okolic wyznaczonej ścieżki prowadzącej na szczyt.

 

2019-07-17 – Środa
Czwarty dzień w górach – przerwa

 

Po trzech dniach marszu z ciężkimi i wypełnionymi po brzegi plecakami zdecydowaliśmy się na dzień przerwy, by odpowiednio nawodnić nasze organizmy oraz uzupełnić stracone kalorie. Prognozy w dalszym ciągu zapowiadały idealne wręcz warunki do przeprowadzenia wejścia na szczyt, więc komfortowo mogliśmy wyruszyć wypoczęci, dnia następnego. W miejscu biwaku pod granią bez problemu można korzystać z internetu, co ułatwia analizę i otrzymywanie informacji o zapowiadanych warunkach pogodowych. Do takiej sprzyjającej pogody, jak tej panującej podczas naszej włoskiej wyprawy, mieliśmy szczęście dotychczas tylko raz, przy okazji wejścia na szczyt Kazbek (5033 m n.p.m.) w Gruzji. Pozwoliła ona wtedy na bardzo sprawne uporanie się z górą, bez żadnych komplikacji w słynącym z kapryśnej aury paśmie Kaukazu. Krótko mówiąc, łatwo poszło. Ten łut szczęścia czasami decyduje o możliwości przeprowadzenia wyprawy, która zależna jest w dużym stopniu od panujących warunków pogodowych. Wybierając aktywność w surowym klimacie gór trzeba się liczyć z tym, że nie raz panująca aura nauczy nas pokory do sił natury. Błękitne, bezchmurne niebo i prażące słońce na lodowcu Dome sprawiało, że siedzieliśmy tu w koszulkach z krótkim rękawem. Leniwy dzień upłynął nam bardzo szybko, a widoki z okolic obozu sprawiły, że przebywanie w tym miejscu było naprawdę niesamowite. Zaletą biwakowania poza schroniskiem jest niewątpliwa możliwość obcowania oko w oko z naturą. Dość wcześnie poszliśmy spać, by rankiem wyruszyć w kierunku wierzchołka Monte Bianco.

 

DROGA NA NAJWYŻSZY SZCZYT EUROPY

 

2019-07-18 – Czwartek
Piąty dzień w górach

 

ETAP V: Biwak na lodowcu Dome – Szczyt Mont Blanc
Przewyższenie odcinka: 1134 m

 

Dzwoniący alarm w zegarku przerwał nasz sen. W ciemnościach trwającej nocy uruchomiliśmy nasze czołówki rozświetlając tym samym wnętrze namiotu. Woda pozyskana ze śniegu dnia poprzedniego pozwoliła nam na sprawne przygotowanie śniadania, po którym byliśmy gotowi na drogę w kierunku szczytu. Z namiotów wyruszyliśmy na przełęcz Col des Aiguilles, do której prowadziło strome podejście po śniegu z koniecznym pokonaniem szczeliny brzeżnej. Ostatni moment przedostania się na przełęcz, był powodem rezygnacji wielu osób. To zachowanie początkowo mocno nas zastanawiało poprzednich nocy, kiedy część z migoczących czołówek szybko powracała ze swojej próby. W tym miejscu wyjaśniły się nasze domysły. Niewielkie trudności techniczne przy skalnym wzniesieniu przerastały nieprzygotowanych śmiałków. Po osiągnięciu przełęczy znaleźliśmy się na ramieniu grani Bonnassay. W tym miejscu zakończyliśmy asekurowanie się i używanie liny, dalsze przejście tego nie wymagało. Ruszyliśmy w prawo sypką ścieżką, początkowo napotykając dużo kruchego terenu z wieloma luźnymi skałami. Z lewej strony natomiast niesamowicie prezentowała się ostra i śnieżna grań prowadząca na szczyt Aiguille de Bionnassay o wysokości 4052 m n.p.m. W dole natomiast widoczne były dwa małe żółte punkciki – to nasze namioty. W pewnym miejscu grań stała się bardziej wąska i eksponowana, a my poruszaliśmy się po zmarzniętym śniegu.

 

Gdy promienie słońca zaczęły rozgrzewać stoki, my znajdowaliśmy się w drodze do szerokiej kopuły szczytu Dome du Gouter, wierzchołka w masywie Mont Blanc o wysokości 4303 m n.p.m. Powierzchnia, po której stąpaliśmy znacząco się poszerzyła, więc zrobiliśmy pierwszy postój, by dostarczyć szybkich cukrów i wypić ciepłej herbaty z termosu. Należy pamiętać o systematycznym nawadnianiu organizmu, nawet wtedy, gdy z powodu zimna nie odczuwamy pragnienia. Droga włoska odsłoniła przed nami nowe spojrzenie na znane z 2016 r. miejsca. Po lewej stronie dostrzegliśmy „wiszące” nad urwiskiem schronisko Rifuge du Gouter, znajdujące się na wysokości 3815 m n.p.m. Wybudowane jest ono na drodze normalnej (normal route) od strony francuskiej i stanowi dla większości osób obiekt, z którego wyruszają na szczyt. Trzy lata temu z moim młodszym bratem Kubą przechodziliśmy obok nowoczesnego schroniska, gdy szliśmy drogą klasyczną na szczyt z poziomu biwaku w okolicach Tete Rousse (schronisko na wysokości 3167 m n.p.m.). Musieliśmy wówczas pokonać 1642 metrów przewyższenia w dniu ataku szczytowego.

 

Ostatnie metry do wspomnianego wcześniej szczytu Dome du Gouter wymagały uwagi ze względu na znajdujące się szczeliny w górnych partiach kopuły. Po ominięciu śnieżnego wierzchołka kierowaliśmy się do miejsca, gdzie łączy się ze sobą droga włoska z klasyczną drogą francuską. Chwilowe zejście na duże plateau doprowadziło nas do dobrze znanej trasy. Przed nami ukazał się charakterystyczny szczyt Mont Maudit o wysokości 4465 m n.p.m., stokami którego prowadzi jedna z ciekawych dróg na Mont Blanc, o nazwie 3M (Les Trois Monts). Skręcając w prawo na wydeptaną ścieżkę w śniegu, opuściliśmy drogę papieską i zaczęliśmy podążać znaną mi drogą francuską, którą idąc już osiągnąłem szczyt „Białej Góry”. Wróciły dobre wspomnienia, bo to właśnie tutaj rozpoczęła się niegdyś alpejska przygoda. Trasę prowadzącą przez awaryjny schron Vallot, a następnie granią Bosses, opisałem już w ostatniej części relacji z 2016 r. (CZĘŚĆ III). Na najwyższym szczycie Europy znaleźliśmy się w czasie sprzyjającej pięknej pogody, co pozwoliło nam pozostać tu dłużej niż podczas poprzedniego wejścia. Wyjątkowych widoków, dla których niewątpliwie warto tutaj podążać, nie da się opisać słowami. Tu trzeba po prostu się znaleźć, by zrozumieć pasję, która kieruje w takie miejsca. Drugie wejście na dominujący nad całymi Alpami szczyt ucieszyło mnie bardzo. Choć nie jest to trudny czterotysięcznik, ale z pewnością jeden z ładniejszych.

 

ETAP VI: Szczyt Mont Blanc – Biwak na lodowcu Dome
Droga zejściowa

 

Wejście na szczyt to dopiero połowa drogi. Przed nami był powrót do namiotów, który wymagał zachowania odpowiedniej rezerwy sił, pozostawienia dodatkowej energii na wypadek przedłużającego się zejścia. Dlatego też nie warto wchodzić na sam wierzchołek, gdy dotarcie na niego wymaga zużycia całego „paliwa”. Znalezienie się na szczycie w skrajnym wyczerpaniu jest bardzo ryzykowne, więc zawsze należy być odpowiednio przygotowanym kondycyjnie, by zachować spore rezerwy na uważne zejście. Pomimo radości, jaka towarzyszy zdobywaniu szczytu, należy mieć zawsze z tyłu głowy, że pozostaje przed nami równie długi powrót. Czasami decyzja o przerwaniu ataku i zawróceniu jest rozsądną decyzją, która pozwoli zawsze wrócić na górę z odpowiednimi wnioskami.

 

Nasz powrót odbył się oczywiście tą samą drogą, którą przyszliśmy na wierzchołek. Jednym z możliwych rozwiązań, z którego korzystają często turyści, jest wejście na Monte Bianco ze schroniska Gonella, a powrót stroną francuską. Zejście odbywa się przez obiekty Gouter oraz Tete Rousse do stacji tramwaju Nid d’Aigle i zjazd do miasteczka Saint-Gervais-les-Bains. Tam oczekuje kierowca, który przewozi turystów z powrotem na stronę włoską, bądź pozostają oni na nocleg we Francji. Możliwości jak zawsze jest wiele. My natomiast zostawiliśmy rozbite namioty na lodowcu Dome, więc kierunek naszego marszu był oczywisty. Takie rozwiązanie ma swoje plusy w przypadku pogarszającej się pogody. Wtedy dość szybko docieramy do pozostawionego schronienia. Minusem natomiast jest powrót narażoną na silne działanie słońca śnieżną granią. To właśnie ten fragment wymagał od nas najwięcej koncentracji, ze względu na znaczne rozmiękczenie śniegu oraz schodzenie w eksponowanym terenie. Gdy dotarliśmy ponownie na przełęcz, która wyprowadziła nas na grań, postanowiliśmy z niej zjechać do lodowca na naszej linie. Zostało nam krótkie zejście do plateau i po chwili byliśmy już w „żółtych domkach”.

 

2019-07-19 – Piątek
Szósty dzień w górach

 

ETAP VII: Biwak na Lodowcu Dome – Parking w dolinie Val Veny
Droga powrotna

 

Ostatniego dnia czekał nas uważny powrót wśród szczelin lodowca Dome, dlatego też nie uznałem powrotu z ataku szczytowego do namiotu za bezpieczne zakończenie wyprawy. Od kilku dni mocno świecące słońce zmieniło i bardzo pogorszyło stan lodowca. Otworzyło się wiele nowych szczelin, zapadły się mosty śnieżne pomiędzy nimi. To wymagało od nas dużej uwagi, a momentami trekking inną trasą. Zejście do schroniska Gonella odbyło się jednak bardzo sprawnie. Podczas drogi powrotnej przez długi lodowiec Miage, wybraliśmy przejście jego prawą stroną (patrząc w kierunku doliny Val Veny). Zmiana wariantu, w porównaniu do początkowej drogi okazała się nie najlepszą decyzją. Leżący śnieg początkowo skusił nas, potencjalną możliwością szybszego przejścia. Jednak spora liczba szczelin oraz większe gruzowisko kamieni bardziej nas spowolniło niż marsz środkiem lodowca. W godzinach wieczornych dotarliśmy na parking w dolinie Val Veny i udaliśmy się na camping, a tam czekała nas pyszna włoska pizza. W sobotę 20 lipca byliśmy już w miasteczku Courmayer, by następnie wyruszyć w długą drogę powrotną do domu. I tak zakończyła się kolejna alpejska przygoda.

 

Czy wrócę jeszcze kiedyś na Mont Blanc? Być może drogą Trzech Szczytów?
Nie mówię Nie!

 

Fotorelacja z wyjazdu – GALERIA MONT BLANC

 

Bartłomiej Bednarczyk