Relacja – Mont Blanc – Francja – Część III

wpis w: Aktualności | 0

 

2016 – RELACJA MONT BLANC – FRANCJA

 

To już ostatnia część relacji poświęcona wyprawie na masyw Mont Blanc.

 

Z NADZIEJAMI NA PRZEJAŚNIENIA

 

2016-07-14 – Czwartek

 

Poranek 14 lipca nie zwiastował poprawy pogody. W dalszym ciągu była obniżona widoczność. Kurtyna stworzona z mgły zasłoniła przed nami całą okolicę. Ustały jedynie opady śniegu, dzięki czemu mogliśmy myśleć o dalszym marszu. Założonym celem na ten dzień było dotarcie w okolice schroniska Tete Rousse i założenie tam obozu. Na przejście tego niedługiego odcinka trasy, który miał być naszym celem dnia poprzedniego, mieliśmy cały wolny dzień.

 

ETAP IV: Barak Forestiere – okolice Schroniska Tete Rousse
Przewyższenie odcinka: 399 m

 

W schronisku znajdującym się na wysokości 3167 m n.p.m. zatrzymaliśmy się tylko na chwilę. Opady śniegu, które trwały od kilku dni utrudniły nam nieco rozbicie namiotu, ponieważ leżała tam spora warstwa świeżego puchu. Ku naszemu zdziwieniu popularne miejsce świeciło pustkami, znajdowało się na nim zaledwie kilka rozłożonych „domków”. W sezonie letnim bardzo często biwakuje się tu nawet na skałach i kamieniach , a śniegu jest niewiele. Zabraliśmy się więc do przygotowania platformy pod namiot i usypania odpowiednio wysokiego murka, który miał za zadanie chronić nasze schronienie przed wiatrem. W godzinach popołudniowych, pomiędzy rozmowami w bazie a posiłkami, leżeliśmy i omawialiśmy etap wejścia na szczyt, bowiem kolejny dzień we wszystkich prognozach zapowiadał się słoneczny. Jedyną przeszkodą był zapowiadany silny wiatr.

 

2016-07-15 – Piątek

 

Natychmiast po przebudzeniu z ciekawością wyjrzeliśmy z namiotu. Błękitne niebo z niewielką ilością chmur szybko podniosło nam poziom energii. Tego dnia mieliśmy sporo wolnego czasu. Poświęciliśmy go głównie na rozmowy w bazie i przygotowanie odpowiedniej ilości wody ze śniegu, potrzebnej na właściwe nawodnienie organizmu oraz niezbędnej podczas drogi na szczyt. To dość żmudne zajęcie, zajmujące sporo czasu, jednak niezbędne podczas każdej górskiej wyprawy. Nasz plan ataku szczytowego polegał na wyruszeniu z okolic „dolnego schroniska”, czyli Tete Rousse. Jest to jedyne sensowne rozwiązanie, jeśli zaplanowaliśmy spanie w namiocie. W innych miejscach bowiem biwakowanie jest zakazane i podobno surowo karane. Będąc dobrze przygotowanym kondycyjnie nie warto wynosić obozu wyżej i ryzykować mandatem w euro. Jest to oczywiście wariant dłuższy i bardziej wymagający kondycyjnie. Wyjście na szczyt z wyżej położonego schroniska Gouter, na wysokości 3817 m n.p.m jednego dnia skraca akcję w górach o ok. 5 lub 6 godzin i jest niewątpliwie zadaniem łatwiejszym do wykonania. Dodatkowo w drodze powrotnej należy pokonać odcinek drogi między schroniskami w godzinach popołudniowych, co wiąże się z przejściem kuluaru „Roling Stonsów”o niekorzystnej porze. Operujące podczas dnia słońce przyczynia się do wytapiania większej ilości kamieni, które spadając żlebem mogą stanowić zagrożenie.

 

Pierwszy dzień dobrej pogody sprawił, że w okolicach schroniska pojawiły się tłumy turystów oraz licznie przybywało namiotów w bazie. Znane miejsce pokazało swoje prawdziwe oblicze. Położyliśmy się wcześniej spać, ponieważ musieliśmy wstać niedługo po północy. Niepokoiła nas jedynie informacja o silnych podmuchach wiatru, o których dowiedzieliśmy się także od obsługi schroniska. Zanim zmorzył nas sen, uginające się od podmuchów wiatru ścianki namiotu potwierdzały tylko zapowiadane prognozy.

 

2016-07-16 – Sobota – Atak szczytowy

 

ETAP V: Namiot (okolica Tete Rousse) – Schronisko Gouter
Przewyższenie odcinka: 650 m

 

Dźwięk budzika rozpoczął kluczowy moment wyjazdu. Zerwaliśmy się ze śpiworów i szybko zjedliśmy śniadanie. Włączyliśmy światła w naszych czołówkach, założyliśmy już lekkie plecaki i ruszyliśmy. W myślach cały czas myśleliśmy o tym, jak ważny i oczekiwany jest to dzień. Ruszyliśmy o godzinie 1:40. Niebo było bezchmurne, pełne gwiazd, co chwilę jednak mocny wiatr przypominał, że nie będzie łatwo. Pierwszym punktem było schronisko Gouter na wysokość 3817 m n.p.m. Droga do niego prowadziła przez znany i niebezpieczny „kuluar śmierci” – miejsce szczególnie narażone na wypadki, ze względu na spadające z góry kamienie oraz upadki. Całe szczęście tej nocy panowały ujemne temperatury, co sprawiło, że wszystko było zamarznięte i stabilne. Samo przejście tego miejsca nie sprawiało żadnych trudności technicznych, jednak należało bardzo uważać. Co roku zdarzają się tutaj średnio 2 lub 3 wypadki śmiertelne. Czasami są tak duże obrywy, że zagrożenie stanowią również odłamki rozbijających się kamieni, spadające nawet poza kuluar, to jest jednak rzadkością. Dalsza część trasy, w miejscach bardziej eksponowanych, jest ubezpieczona stalowymi linkami. Po drodze minęliśmy stare schronisko i kilka minut później dotarliśmy do nowego obiektu w kształcie kosmicznej kapsuły. Zatrzymaliśmy się tam tylko na chwilę, by uzupełnić płyny i coś przekąsić.

 

ETAP VI: Schronisko Gouter – Schron Vallot
Przewyższenie odcinka: 545 m

 

O godzinie 5 rano, podczas wschodu słońca, ruszyliśmy dalej w kierunku Dome Gu Gouter – szczytu, który minęliśmy drogą na wschód od głównego wierzchołka. W tym miejscu zawracali już pierwsi przewodnicy i wspinacze, którzy wraz z klientami wyruszyli wcześniej ze schroniska Gouter. Powodem ich szybkiego powrotu były silne podmuchy wiatru, które wymagały dużej siły i samozaparcia. Gestem krzyżującym ręce przekazywali, że niemożliwe jest wejście na szczyt. Chwilę po krótkich rozmowach z zawracającymi turystami spotkaliśmy sympatyczną Francuskę, która potwierdziła tylko nasze zdanie: „na szczyt można wejść, jednak wymaga to dużo sił i walki z silnymi podmuchami wiatru”. Nasze przygotowanie było bardzo dobre, więc ruszyliśmy do góry. Ta sytuacja nauczyła nas także tego, że w górach należy uważnie weryfikować spływające informacje i samodzielnie oceniać każdą sytuację. Popularna i znana droga w ogóle nie była zatłoczona, co obaliło regułę, że Mont Blanc jest zawsze obleganą górą. Wszystko zależy od tego, jakie panują warunki pogodowe. Jeżeli mamy piękną pogodę, bez wiatru, wiadomo, że będzie tłoczno, bo i warunki do wejścia będą najłatwiejsze. Na nasze szczęście nie doświadczyliśmy żadnych kolejek w trudnych miejscach, ani przepychania i mijania się na grani. Kilka minut po 7.00 dotarliśmy do awaryjnego schronu Vallot.

 

Schron Vallot znajduje się na wysokości 4362 m n.p.m., jest to małe, blaszane pomieszczenie, które spełnia funkcję ratunkową i daje możliwość awaryjnego schronienia w nagłych, niesprzyjających warunkach. Zrobiliśmy tu krótką przerwę na jedzenie, wygrzewając się w promieniach słońca. Z ciekawości zajrzeliśmy również do środka, ale wrażenia były mało pozytywne, panował tu straszny bałagan i smród.

 

ETAP VII: Schron Vallot – Szczyt Mont Blanc
Przewyższenie odcinka: 447 m

 

Ostatnia część drogi to przepiękne widoki i odcinek najmocniej narażony na podmuchy wiatru. Wszędzie fruwały kryształki lodu i śniegu, mocno uderzając nas w twarz. Najwięcej skupienia wymagała od nas eksponowana, śnieżna grań. Na szczycie Mont Blanc stanęliśmy równo o godzinie 10:00. Dla nas była to wyjątkowa, choć krótka chwila. Przeszywające zimno pozwoliło nam pozostać tam jedynie ok. 10 minut. Tym samym przekonaliśmy się, że można z powodzeniem realizować swoje plany i marzenia, ponieważ najwyższy szczyt Alp od dawna nie dawał nam o sobie zapomnieć. Świadomość tego, że zrobiliśmy to sami dodała nam jeszcze większej satysfakcji. Jednak byliśmy wciąż świadomi, że przed nami jest jeszcze droga powrotna i dopiero na dole, gdy będziemy już bezpieczni, pojawi się w pełni radość i odprężenie. Niestety sporo osób zapomina o tym, że szczyt to dopiero połowa drogi. Zejście w dół wymaga zapasu sił oraz ciągłej koncentracji i skupienia na tym, co jeszcze przed nami. Przedwczesna radość i rozluźnienie nieraz powodowały nieszczęśliwe zakończenia.

 

Podsumowanie ataku szczytowego:
Pokonany odcinek pieszo: Namiot (3167 m) – Szczyt Mont Blanc (4809 m)
Przewyższenie łącznie: 1642 m

 

ETAP VIII: Szczyt Mont Blanc – Namiot (okolice schroniska Tete Rousse)
Droga powrotna

 

Bez przystanku dotarliśmy do starego schroniska Gouter, poświęcając jedynie więcej czasu na zrobienie zdjęć (możecie je zobaczyć w naszej galerii). Niżej czekał na nas, jak się okazało, najgorszy odcinek drogi, czyli zejście w dół do naszych namiotów. Spowodowane to było licznymi korkami na tym odcinku drogi. Nieporadność sporej liczby turystów, którzy udawali się do góry, była bardzo irytująca, biorąc pod uwagę nasze zmęczenie i chęć dotarcia jak najszybciej do namiotu. Na te dwie godziny doświadczyliśmy niestety popularności góry i wiemy już, co znaczy tutaj tłok panujący przy dobrej pogodzie. Na szczęście dopiero to wszystko się zaczynało. Pokonanie kuluaru w godzinach popołudniowych, kiedy słońce operuje już dobre kilka godzin to największe ryzyko. W naszym przypadku było spokojnie, więc bezpiecznie dotarliśmy do naszego namiotu. Na sam koniec czekała na nas niespodzianka, i nie był to tort ze świeczkami, a połamany pod wpływem silnych podmuchów wiatru namiot, który należało jakoś naprawić. Przy pomocy taśmy udało się zbudować coś, co przypominało konstrukcję gotową do spania.

 

2016-07-17 – Niedziela

 

ETAP IX – Namiot (okolica Tete Rousse) – miasteczko Les Houches
Droga zejściowa

 

Był to już nasz ostatni dzień biwaku w górach. Opuściliśmy tą wyjątkową scenerię po godzinie 12 i udaliśmy się do miasteczka Les Houches, ponownie na camping „Bellevue”. Na sam koniec dostaliśmy mały prezent od matki natury – spotkaliśmy dużego koziorożca alpejskiego. Piękna pogoda podczas zejścia pozwoliła nam rozejrzeć się po okolicy, co uniemożliwiła nam kiepska widoczność podczas podchodzenia do góry pierwszego dnia. Po dotarciu do Les Houches poszliśmy od razu do pobliskiego marketu, ponieważ miałem niesamowitą ochotę na świeże pieczywo.

 

2016-07-18 – Poniedziałek
Powrót do domu

 

Wszystko co dobre, szybko się kończy. W poniedziałek, 18 lipca, wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę w znanym Chamonix. Chcieliśmy zobaczyć pomnik pierwszych zdobywców Mont Blanc oraz słynne malowidła obrazujące tamte dni.Ta wyprawa była pierwszym krokiem do przygody z wyższymi górami, którą zamierzamy kontynuować z coraz to większym rozmachem. Niebawem ruszamy wyżej i dalej.

 

Fotorelacja z wyjazdu – GALERIA MONT BLANC

 

Bartłomiej Bednarczyk