Relacja – Gran Paradiso – Włochy

wpis w: Aktualności | 0

 

2016 – RELACJA – GRAN PARADISO – WŁOCHY

 

POCZĄTEK GÓRSKIEJ ŚCIEŻKI

 

Moja górska droga rozpoczęła się w 2010 roku, wtedy po raz pierwszy przeszedłem przyrodniczy szlak. Z roku na rok chciałem więcej i więcej i coraz częściej pokonywałem kolejne przewyższenia z plecakiem. Po etapie Beskidów i zdobyciu Korony Gór Polski wiedziałem, że turystyka co dla mnie zdecydowanie za mało. Przyszła pora na zimę, która okazała się moją ulubioną porą roku. Zaczęły dominować wyjazdy z ujemną temperaturą oraz torowanie szlaków w białym puchu. Jak to zwykle bywa trafiłem w Tatry, gdzie spędziłem kilka sezonów letnich i zimowych ucząc się tej formy turystyki. Zacząłem również zapisywać się na kolejne kursy przygotowujące to wyjazdów alpejskich. Podczas urlopu w 2015 roku przebywaliśmy w Słowackich Tatrach, gdzie zapadła decyzja o pierwszym alpejskim wyjeździe, wiedziałem, że przede mną bardzo ciekawy rok. Byłem bardzo aktywny więc tylko zwiększyłem intensywność treningów, za to musiałem nabyć sporą ilość nowego sprzętu i wiedzy, by bezpiecznie realizować swoje plany. Od początku chciałem zdobywać szczyty samodzielnie, bez pomocy przewodników i agencji, które mogą za mnie wszystko przygotować. Dzięki takiemu podejściu satysfakcja ze zrealizowania własnego planu będzie zawsze największa. Jak wyglądała moja pierwsza podróż do świata alpejskich koziorożców opowiadam poniżej.

 

INFORMACJE OGÓLNE

 

Gran Paradiso (4061 m n.p.m.) położony w północno – zachodniej części Włoch w dolinie Aosty. Leży w paśmie Alp Graickich. Oddalony jest od Turynu o 150 kilometrów. Posiada cztery wierzchołki, najwyższy jest najbardziej wysunięty na północ. Jest dobrze ukryty za otaczającymi go górami, w całości można go jedynie zobaczyć z oddalonych wierzchołków. Usytuowany w Parku Narodowym Gran Paradiso, którego symbolem są licznie występujące dzikie koziorożce alpejskie. Szczyt wyceniony w skali trudności na F+ (łatwy), jest dobrym początkiem w zmaganiach z czterotysięcznikami. Pozwala na sprawdzenie naszej wiedzy, umiejętności i poziomu kondycji. Dość licznie odwiedzany przez różnego rodzaju górskich pasjonatów, zainteresował i nas. Głównym powodem wyboru właśnie tej góry, było zdobycie niezbędnej aklimatyzacji przed wejściem na najwyższy szczyt całych Alp – Mont Blanc.

 

DZIEŃ WYJAZDU
2016-07-09 – Sobota – Dzień 1

 

Swoją podróż wraz z bratem Kubą rozpoczęliśmy w sobotę 9 lipca o 7 rano. Był to dla nas długo oczekiwany moment. Roczne przygotowania do pierwszej wyprawy sprawiły, że z niecierpliwością spoglądaliśmy na kalendarz, aż czerwona ramka znajdzie się na dniu wyjazdu. Z Lubartowa do miasteczka Pont, gdzie zaczyna się droga klasyczna na wierzchołki Gran Paradiso, mieliśmy do pokonania 1805 km. Cała podróż zajęła nam niespełna 24 godziny, wliczając w to jeden postój na krótki sen trwający dwie godziny. Na parking w dolinie dotarliśmy dokładnie o 6:40 i od razu poszliśmy spać.

 

2016-07-10 – Niedziela – Dzień 2

 

Po niespełna trzech godzinach snu obudziły nas mocne promienie słoneczne przebijające się przez szybę samochodu. Pomimo męczącej podróży, duża dawka energii, która pojawiła się na myśl o rozpoczęciu marszu, nie pozwoliła nam dłużej spać. Zjedliśmy porządne śniadanie, przygotowaliśmy nasze plecaki i w samo południe wyruszyliśmy w drogę.

 

Z parkingu w Pont (1960 m n.p.m.) szliśmy początkowo szeroką ścieżką prowadzącą w górę doliny, wzdłuż potoku. Po drodze minęliśmy małą restaurację, a następnie pokonaliśmy zakosami jasny las. Naszym pierwszym charakterystycznym punktem docelowym było schronisko Vittorio Emanuelle II, kształtem przypominające wielką, ściętą beczkę. Ścieżka do samego schroniska była bardzo wyraźna i nie sposób jej zgubić. Dojście również nie sprawia żadnych problemów ani technicznych, ani kondycyjnych. Oczywiście zakładając dobre przygotowanie fizyczne do wyjazdu. Do jedynego na tej trasie punktu wsparcia dotarliśmy o 15:10, poświęcając prawie godzinę na robienie zdjęć i podziwianie nieznanego nam do tej pory alpejskiego krajobrazu. Nie musieliśmy się śpieszyć, gdyż dopisywała nam pogoda, a na dojście do punktu, gdzie rozbiliśmy swój namiot mieliśmy cały dzień.

 

ETAP I: Pont (parking) – Schronisko Vittorio Emanuelle II
Przewyższenie odcinka: 775 m

 

Schronisko Vittorio Emanuelle II znajduje się na wysokości 2735 m n.p.m. Wybudowane zostało w 1884 roku a następnie rozbudowane w 1954 roku. Nazwa nadana na cześć króla Włoch Wiktora Emanuelle II, założyciela parku narodowego Gran Paradiso. Posiada 143 miejsca noclegowe, restaurację, schron zimowy dla osób wybierających się na okoliczne szczyty poza sezonem (październik – marzec). Stąd możemy udać się min. na Gran Paradiso, Tresenta, Ciarforon oraz Monciar. W schronisku jest również dostęp do bieżącej wody. Możemy tutaj uzupełnić swoje zapasy, które szybko znikają szczególnie, gdy wybieramy się w sezonie letnim. Do tej wysokości upały dają się mocno odczuć. Kolejną rzeczą, która szybko daje się we znaki, jest duży tłok i panujący harmider. W weekend to miejsce jest wyjątkowo oblężone przez turystów, którzy dochodzą tylko do tego punktu. Osobiście nie przepadam za spędzaniem czasu w takiej atmosferze, dlatego postanowiliśmy rozbić namiot w miejscu nieco oddalonym od schroniska. Po uzgodnieniu miejsca biwaku ze pracownikiem schroniska, udaliśmy się na specjalnie przygotowaną platformę nieopodal początku lodowca.

 

ETAP II: Schronisko Vittorio Emanuelle II – Platforma namiotowa
Przewyższenie odcinka: 160 m

 

Ze schroniska wyszliśmy o 16.15. Droga początkowo prowadziła przez duże bryły skalne. Jeśli ktoś z Was zdecyduje się na nocleg w schronisku i rozpoczęcie ataku na szczyt z tego miejsca w nocy, ścieżka między kamieniami będzie słabo widoczna i wymaga uwagi. Po przejściu tego odcinka droga prowadziła już widocznym, udeptanym śladem, aż do miejsca biwaku.

 

Po dotarciu na miejsce docelowego rozbiliśmy nasz namiot. Całe popołudnie minęło nam na dobrym rozpoznaniu początku drogi w kierunku szczytu. Szczególną uwagę skupiliśmy na odcinku, który został pokonany przez nas po ciemku następnego dnia. Widoki z okolic biwaku były rewelacyjne. Jak dobrze, że nie zostaliśmy w schronisku. W namiocie było strasznie duszno. Bardzo ciepła noc sprawiła, że do rana zostawiliśmy rozpięte wejście. Jeszcze przed samym snem w świetle czołówek przeglądaliśmy przewodnik i analizowaliśmy wydrukowane fotografie obrazujące naszą drogę na szczyt. Jeszcze prognoza pogody i sen.

 

2016-07-11 – Poniedziałek – Dzień 3

 

ETAP III: Miejsce biwaku – Wierzchołek Madonna
Przewyższenie odcinka: 1157 m

 

Dźwięk budzika przerwał sen o 3:50. Pierwsze co zrobiłem to wychyliłem szybko głowę z namiotu i spojrzałem na niebo. Było idealnie czyste, pełne gwiazd, prognoza się sprawdziła. Na wczesne śniadanie zaserwowaliśmy spaghetti bolognese, oczywiście liofilizowane. Zanim nam się „przyrządziło” szykowaliśmy się do wyjścia. Zjedliśmy je ze smakiem i pierwsze kroki postawiliśmy o 5:05. Dźwięk wbijających się raków, sprawił, że od razu znaleźliśmy się w pozytywnym nastroju. Dalsza droga, aż do samego szczytu prowadziła już przez lodowiec i śniegi, wyraźnym wydeptanym przez innych śladem.

 

Cała trasa aż do miejsca, gdzie znajduje się szczelina brzeżna to jedynie lekko strome podejście bez przeszkód natury technicznej. Przy szczelinie brzeżnej byliśmy o 9.10. W okresie, w którym my wchodziliśmy na szczyt, jej pokonanie nie sprawiło najmniejszych problemów. Była prawie cała zasypana śniegiem. W tym miejscu po raz pierwszy przekroczyliśmy granicę 4000 m n.p.m. Uśmiechnięci ruszyliśmy w kierunku jednego z wierzchołków, zwanym „Madonna”.

 

„Madonna” to przed wierzchołek o wysokości 4052 m n.p.m. Stoi na nim charakterystyczna biała figurka. Jest o 9 metrów niższy od wierzchołka głównego, dzieli je 15 minut dalszej drogi w prostym eksponowanym terenie o trudnościach I/II.

 

Po przekroczeniu szczeliny brzeżnej i zejściu z lodowca rozpoczęliśmy przejście skalnym odcinkiem grani. W tym miejscu największym zagrożeniem nie są skomplikowane trudności techniczne, a inni „alpiniści”. W szczycie sezonu na tym niewielkim fragmencie całej drogi polecam uzbroić się w dużą dawkę cierpliwości. Doskonale sam o tym wiedziałem, czytając różne relacje innych osób oraz przewodniki, moja cierpliwość się skończyła w momencie, gdy jedna grupa usilnie szła przed siebie, pomimo ewidentnego braku miejsca na wąskim odcinku. Skończyło się na słownym upomnieniu, na szczęście poskutkowało. Niestety czeka Was zapewne stanie w kolejce, deptanie liny rakami, przypadkowe szturchnięcia plecakiem i inne dziwne, niekontrolowane zachowania obcych osób. Myślę, że warto to napisać. Lepiej pewne rzeczy wiedzieć wcześniej niż później się rozczarować, tym bardziej, że nazwa „Wielki Raj” może budzić różne skojarzenia. Oczywiście nie jest to powód, aby rezygnować z tego szczytu. Skutecznym zabiegiem, który sprawi, że owa sytuacja nie zaistnieje, będzie pobudka dwie godziny wcześniej i wyjście przed wszystkimi zorganizowanymi grupami. Jeśli wybieracie się na szczyt Gran Paradiso, sprawdźcie wcześniej na stronach komercyjnych agencji czy też przewodników, godziny wyjścia do ataku ze schroniska. Szkoda, że nie wpadliśmy na to przed wyjazdem. Cenne doświadczenie.

 

Końcowy odcinek przed samą figurką Madonny to dość eksponowane miejsce. Krótki fragment ubezpieczony jest aż trzema ringami. My zastaliśmy tam również wpięte, pozostawione ekspresy i karabinki, do których tylko należało wpiąć linę. Jednak zawsze zabierajcie swoje, nigdy nie wiadomo, kiedy one znikną.

 

Na wierzchołku o wysokości 4052 m n.p.m. byliśmy tylko przez chwilę. Do wejścia oczekiwało jeszcze kilka osób. Drugim argumentem za szybkim schodzeniem były nadawane popołudniowe silne burze. Niestety nie wystarczyło nam już czasu na dojście do drugiego wierzchołka. Swój cel w tym miejscu i tak osiągnęliśmy. Zrobiona aklimatyzacja przed wejściem na Mont Blanc oraz przekroczona granica 4000 m n.p.m. nas satysfakcjonowały.

 

ETAP IV: Zejście ze szczytu

 

Podczas zejścia w dół mocno dawało się odczuć operujące słońce. Miękki i roztapiany śnieg przeszkadzał w szybkim schodzeniu. Zdziwił nas mocno widok osób udających się jeszcze do góry w połowie naszej drogi zejściowej do namiotów. Wszędzie w komunikatach pojawiały się porywiste burze, a co niektórzy jeszcze ledwo stawiali nogę za nogą w kierunku szczytu. Po dotarciu do namiotów od razu zabraliśmy się za jedzenie. Kasza kuskus z łososiem w pomidorach w nagrodę.

 

ETAP V: Droga powrotna

 

Po obiedzie zwinęliśmy nasz namiot, spakowaliśmy wszystkie rzeczy i udaliśmy się jeszcze tego samego dnia na camping w Pont. Nie potrzebowaliśmy więcej odpoczywać, a kumulowanie się burzowych chmur poganiało do szybszego schodzenia. Wracaliśmy tą samą drogą, przechodząc przez schronisko Vittorio Emanuele II. Podczas zejścia na kilka minut przed małą restauracją, tuż za wyjściem z lasu dopadła nas burza. Przeczekaliśmy ok. 40 minut ulewy i mocnego strzelania, po czym rozbiliśmy namiot na campingu. Mieliśmy tutaj możliwość skorzystania m.in. z prysznica. Obok znajduje się bar / restauracja. Cena za pizze 32 cm to 7 euro, piwo 2,5 euro. Na miejscu znajdował się również mały sklep. W nocy szalały silne burze, które testowały nasz namiot, który na szczęście wytrzymał.

 

Pozostaliśmy tutaj do rana, by po śniadaniu wyruszyć do Francji, a dokładnie do Les Houches, gdzie rozpoczęliśmy drogę w kierunku jednego z naszych górskich marzeń – Mont Blanc. O tym w następnej relacji.

 

Relacja – Mont Blanc – CZĘŚĆ I

 

Fotorelacja z wyjazdu – GALERIA GRAN PARADISO

 

Bartłomiej Bednarczyk