Relacja – Elbrus – Rosja – Część II

wpis w: Aktualności | 0


RELACJA – ELBRUS – ROSJA – CZĘŚĆ II 

 

Dwa ostatnie dni spędzone w Rosji zakończyły cały projekt „Kaukaskie Kolosy” Kazbek i Elbrus 2017.
Jak wyglądały ostatnie dwie doby spędzone na śnieżnych polach Elbrusa opisaliśmy w drugiej i ostatniej części relacji z naszej wyprawy. Drogę oraz początki na stokach góry Elbrus znajdziecie w Części I

 

Rozsuwając zamek od wyjścia z namiotu pojawiające się otoczenie natychmiast przypomina mi gdzie jestem i jakie mam zadanie. Nawet będąc jeszcze lekko zamroczonym po głębokim śnie natychmiast spojrzałem w lewo, a tam dwa bliźniacze wierzchołki pokryte tonami białego puchu. Od prawej wschodni, niższy o wysokości 5621 m n.p.m. i z lewej ten, dla którego tu przyjechaliśmy: zachodni, najwyższy mierzący 5642 m n.p.m. choć króluje wysokością na pewno zostaje w tyle przed innymi, Kaukaskimi szczytami, biorąc pod uwagę dostępność i stawiany opór przed napierającymi alpinistami. Uzbrojeni w metalowe kolce, przyklejeni do zbocza góry zdobywają kolejne metry by spełnić swoje marzenie, jedni uczciwie, inni chwytając się dobrodziejstw cywilizacji , które po części są w stanie zamaskować ich słabości. Cel jest jeden – stanąć na szczycie, bo przecież każdy jedzie z takim zamiarem. Planujemy, trenujemy i w końcu stajemy przed górą, u jej stóp, by znaleźć się na jej szczycie. Nie chodzi oczywiście o sam fakt zaliczenia góry, bo przyjemność z przebywania w surowej górskiej i zimowej aurze to najlepsza nagroda, to czas wyjątkowy, a pokonanie trudności nie tylko technicznych, ale też tych znajdujących się w naszych głowach to satysfakcja większa niż sam szczyt.

 

10 DZIEŃ WYPRAWY – 13 sierpnia – Niedziela

 

Już chyba przywykliśmy do słonecznych poranków, ale absolutnie nie mieliśmy ich dosyć, wręcz przeciwnie cieszyliśmy się z lekkim niedowierzaniem ze sprzyjającej aury. Kaukaz słynie z kapryśnej pogody, a tu zaledwie jedna burza i trochę opadów śniegu. Śniadanie i kawa rozpoczęły kolejny dzień, który przeznaczyliśmy na rozruszanie nóg i wyjście aklimatyzacyjne, które jeśli to możliwe odbywamy drogą, którą nocą będziemy szli w kierunku szczytu. Rozpoznanie drogi jest bardzo ważną kwestią, ale akurat w tym wypadku, na stokach tej góry i przy odpowiedniej pogodzie nawigowanie nie stanowi tu żadnego problemu. Trasa na wierzchołek główny jest naprawdę bardzo łatwa orientacyjnie i techniczne, to jedynie strome podchodzenie po śniegu wymagające określonej kondycji i prawidłowej aklimatyzacji. Nie wolno zapominać, że dostępność szczytu Elbrus nie może przysłonić czujności, pokory do gór i zdrowego rozsądku. Zagrożenia, które z pierwszego punktu widzenia są niewielkie tylko czekają na brawurę turystów i zamykają ich w swojej pułapce. Stosunkowo proste wejście zakończyło się tutaj nie raz tragicznie.

 

Lekko ubrani ruszyliśmy do góry w towarzystwie kilku osób, skuterów śnieżnych i ratraków (niestety Elbrus jest bardzo skomercjalizowany co opisałem w części pierwszej relacji). Operujące mocno słońce rozpuszczało śnieg, który był coraz bardziej mokry, aż w końcu przyszło nam wpadać w małe kałuże wody. Do tego pojawiały się coraz częściej śnieżne skutery niosące hałas i smród paliwa zakłócający każdą chwilę spokoju, a rozbryzgująca się na boki woda sprawdzała szczelność membrany wielu turystycznych spodni.

 

Cóż, taka góra, z tym musicie się liczyć wybierając się na Elbrus, chyba, że zdecydujecie się na trudniejszy i mniej uczęszczany wariant od strony północnej. Jednak nie ma tego złego, doświadczenie wszystkich tych ułomności pokazuje jak nie powinno zdecydowanie wyglądać środowisko górskie. Ten szczyt jest dobrym przykładem, aby właśnie poruszyć temat zjawiska komercjalizacji jakie występuje, myślę, że warto o tym mówić i pozostawić góry takie jakie są, dzikie i mniej dostępne, tak, aby wybierały się na nie osoby do tego przygotowane i gotowe wspięcia się ich na szczyty. Niestety popularność miejsca wynikająca z przynależności szczytu do korony ziemi bierze górę nad ideą dziewiczego krajobrazu. Czy ludzkie „ambicje” i pragnienia mogą zdominować prawa natury?

Odpowiedź znajdziecie sami.

 

W momencie, gdy rozpoczął sie najbardziej stromy odcinek podejścia, nie tracąc niepotrzebnie energii zawróciliśmy, znaleźliśmy wielki kamień, a na nim postanowiliśmy spędzić trochę czasu i spojrzeć na rozległe z tego miejsca widoki. Dalekie spojrzenie na zaśnieżony Kaukaz pokazuje kolejne ciekawe cele i chęć powrotu na tutejsze kolosy. Zrobiliśmy kilka zdjęć i udaliśmy się z powrotem do namiotu, gdzie należało spakować małe plecaki potrzebne do nocnego wyjścia na szczyt. Prognozy pogody już mniej optymistyczne zapowiadały, że następnego dnia nastąpi załamanie warunków i opady śniegu przed godziną 14. Zapadła zatem decyzja o wcześniejszym, nocnym wyjściu w kierunku wierzchołka już o godzinie 24, tak, aby spokojnie zdążyć przed pogorszeniem pogody.

 

DROGA NA SZCZYT

 

PLATFORMA NAMIOTOWA 4120 m n.p.m. – SZCZYT ELBRUS 5642 m n.p.m.
Pokonane przewyższenie: 1522 m
Odległość: 5,27 km
Czas potrzebny na zdobycie szczytu: 7 godzin i 14 minut

 

Atak szczytowy to moment, który wyzwala najwięcej energii i najbardziej motywuje, nawet bardzo zaspany jeszcze organizm. Niczym mocna kawa pobudza zmysły do działa. Jak już pewnie wiecie z poprzednich relacji, najpierw odbyła się standardowa czynność, czyli zamek od namiotu pojechał szybko w dół i ukazać musiało się niebo, potwierdzające zgodność prognozy pogody. Było jeszcze czyste, pełne gwiazd, nie zapowiadające niczego niepokojącego. Do tego momentu wszystko się jeszcze zgadzało.

 

11 DZIEŃ WYPRAWY – 14 sierpnia – Poniedziałek

 

Był już poniedziałek jak ruszyliśmy, kilka minut po północy postawiliśmy pierwsze kroki do góry. Od razu dało się odczuć wyraźne zimno i lekki wiatr, który nasilał się coraz bardziej. Światło czołówek oświetlało ślady gąsienic pozostawione dnia poprzedniego przez jeżdżące ratraki. W przypadku braku opadów do pewnej wysokości wyznaczają one kierunek marszu. Po 30 minutach drogi dzieje się to co było oczywiste, nadciągający hałas i szybko zbliżające się światło to załadowane tutejsze taksówki pełne turystów, jeżdżące do góry i mające na celu oszczędzić siły zmierzających na szczyt góry światła. Wyprzedzając nas powoli zanikały w ciemnościach, by na godzinę drogi do góry, zatrzymać się i wysadzić dwie grupy turystów. Jak się później okazało, pomimo takiej przewagi bardzo szybko dogoniliśmy i wyprzedziliśmy ledwo już idące osoby z przewodnikiem.

 

Pierwsze płatki śniegu spadające na nasze kurtki oznaczały wcześniejsze nadejście załamania pogody. Robiło się coraz zimniej, a czyste dotąd niebo przysłoniły szare chmury. Co chwilę nasilały się podmuchy wiatru. Byliśmy wtedy na wysokości ok. 5000 metrów, czyli mniej więcej na trawersie niższego wschodniego wierzchołka Elbrusa. Drogę do przełęczy znajdującą się pomiędzy szczytami niekiedy wyznaczają czerwone chorągiewki. Mimo pogorszenia warunków bez problemów byliśmy w stanie odnajdować właściwą drogę. Podejście od przełęczy do głównego punktu góry odbywało się w nawianym śniegu, w braku jakiejkolwiek widoczności, uderzającym wietrze i odczuwalnym zimnie. Na stromym zboczu znajdowały się miejscami założone poręczówki z liny. Do samego szczytu szliśmy z Kubą w towarzystwie dwóch rosyjskich alpinistów dyktujących bardzo żwawe tempo. Podczas całego marszu czuliśmy się świetnie i nie odczuwaliśmy żadnych niedogodności spowodowanych wysokością. Na szczycie stanęliśmy wspólnie o godzinie 7:33 czasu lokalnego. Spędziliśmy tutaj dosłownie chwilę, brak widoków i wiatr nie dawał żadnych powodów do dłuższego rozmyślania. Z powodu nie pewnej w dalszym ciągu pogody udaliśmy się szybko w dół już o godzinie 7:40.

 

Schodzenie ze szczytu przebiegało bardzo sprawie. Warunki panujące tego dnia sprawiły, że trasa była bardzo mało oblegana. Pierwsze przejaśnienia i pierwsze widoki na pasmo Kaukazu pojawiły się dopiero w drodze powrotnej w okolicach wcześniej wspomnianego trawersu. Lepiej późno niż wcale. Do namiotu droga prowadziła już prostu w dół, co dało możliwość bardzo szybkiego schodzenia. Całe zejście ze szczytu zajęło nam tylko 3 godziny i 24 minuty. W żółtym „domku” byliśmy o godzinie 11 z minutami i mogliśmy wygrzewać się już w pełnym słońcu, które znikało tylko momentami za ostatnimi chmurami. Nastąpiło chwilowe poprawienie się warunków, które jednak szybko ponownie się pogorszyły, objawiając się burzami, które wstrzymały nasze zejście do polany Azau do godzin popołudniowych.

 

Przeczekaliśmy wszystkie burze i dopiero po godzinie 18, spakowani rozpoczęliśmy zejście do miasteczka. W drodze powrotnej towarzyszył nam ciągle padający deszcz. Ostatnie etapy schodzenia odbywały się już po ciemku, a zbliżające się światła cywilizacji oznaczała bliski koniec marszu. Do Azau dotarliśmy chwilę po 21 i od razu udaliśmy się do miejscowego hoteliku.

 

NIETYPOWY POWRÓT DO GRUZJI

 

12 DZIEŃ WYPRAWY – 15 sierpnia – Wtorek

 

Tak pozytywnie zakończyła się nasza przygoda z najwyższym szczytem Rosji i zarazem całego Kaukazu. Spakowani rankiem ruszyliśmy w poszukiwaniu transportu do miasteczka Stepancminda w Gruzji. Rosyjski kierowca po ustaleniu kwoty zabierał nas do miejsca z którego wyruszyliśmy. Początkowo droga mijała bez problemu aż do momentu dziwnego zachowania naszego przewoźnika. Jak się później okazało nie posiadał on specjalnych dokumentów, aby przekroczyć z nami granicę. Założył, że dojeżdżając w okolicę przejścia granicznego bądź bliskiej mu miejscowości znajdzie kolejnego kierowcę, który za część jego wynagrodzenia przewiezie nas do Gruzji. Plan miał być może i dobry, gdyby nie wielkie korki na granicy wymagające wielu godzin oczekiwania. Żaden z tutejszym kierowców nie zgodził się na jego propozycję. Dojechaliśmy więc w okolicę wspomnianego korku mającego kilka kilometrów i po ustaleniu połowy zapłaty opuściliśmy auto. Kierowca wrócił do domu, a my zostaliśmy z małym problemem, bowiem owa granica nie posiada przejścia pieszego. Musieliśmy więc poprosić kierowców stojących w kolejce, aby nas ze sobą zabrali i przewieźli przez granicę. Po wielu odmowach i próbach stojąc w strugach padającego deszczu otrzymaliśmy pomoc od rosyjskich wojskowych. Dzięki przepustkom jakie posiadali przejechaliśmy bez kolejki cały korek i bardzo sprawnie dostaliśmy się do Gruzji.

 

Lot powrotny do Warszawy zaplanowaliśmy na poniedziałek 21 sierpnia. Dzięki dobrej pogodzie sprawnie uporaliśmy się z Kaukaskimi kolosami. Pozostawało nam kilka wolnych dni, które przeznaczyliśmy na krótką podróż do Armenii i wejście na jeden z wierzchołków Aragacu. Wjazd do tego kraju możliwy jest za okazaniem jedynie paszportu, nie wymaga żadnej dodatkowej wizy.

 

Nadszedł czas na powrót do Polski, choć ciężko było opuścić góry! Projekt Kaukaskie Kolosy został zrealizowany. Wejście na dwa pięciotysięczniki w górach Kaukazu to dla nas nie tylko świetna przygoda, ale także sprawdzian dla naszych organizmów. Świetnie czujemy się na tych wysokościach, co wróży dobrze przed kolejnymi, większymi wyprawami. Kazbek i Elbrus na pewno na długo zapisze się w naszej pamięci. Dziękujemy przyjaciołom za wspólną drogę, wszystkim, którzy trzymali kciuki, sponsorom w szczególności firmie Promaster S.C., Solbet i Netgraph, partnerom projektu, patronom medialnym oraz za miłe słowa w czasie wyjazdu. Zrobiliśmy to, idziemy dalej!

 

Zapraszam do galerii zdjęć z góry Elbrus – GALERIA

 

Bartłomiej Bednarczyk